Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  AlbumAlbum  NagraniaNagrania  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  StowarzyszenieStowarzyszenie  Chat
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  12 kroków12 kroków  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Proszę o modlitwę za małżeństwo...
Autor Wiadomość
agni7
[Usunięty]

  Wysłany: 2009-11-28, 12:27   Proszę o modlitwę za małżeństwo...

Proszę Was o modlitwę za moje małżeństwo. Jestem tu nowa, znalazłam stronę przypadkiem (a może nie był to przypadek) i jest dla mnie ogromną podporą. Dzięki Wam wierzę, że mamy jeszcze szansę. Sama na razie nie wiem jak mam to wszystko opisać; mój mąż kilka miesięcy temu powiedział, że chce odejść, że mnie przestal kochać, że już od roku szarpie się z tą myślą. Ze jest źle, wiedziałam bo rozmawialiśmy już wtedy, ale jeszcze było to na etapie "zróbmy coś bo to ostatnia szansa dla nas". Ale chyba nie wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Teraz nie mieszkamy razem, bo mąż wyjechal na drugi koniec Polski do pracy, boi się nawet przyjechać na kilka dni bo nasze rozmowy konczą się dramatycznie. Sam cierpi z tego powodu, ma straszne poczucie winy, że mnie krzywdzi - jak mówi. Każda moja próba porozmawiania o tym jak naprawić co zepsuliśmy kończy się moim płaczem i jego odpowiedzią ze nic to nie zmieni bo mnie nie kocha albo - jak ostatnio - że sobie chyba coś zrobi, że ma wrażenie że zaraz umrze... Nie wiem co mam robić, boję się o niego, modlę się codziennie, mam nadzieję że Jezus nas z tego wyprowadzi, ale jestem tu sama i czasami strasznie mi ciężko siedzieć samej w mieszkaniu w którym jest tyle wspomnień. Wiem, że jest w grudniu w Łagiewnikach msza za małżeństwa, a potem spotkanie, chciałabym przyjść i mam nadzieję, że nic mi nie przeszkodzi. Mój mąż nie chodzi do kościoła, nie modli się (ja zresztą też do tej pory byłam raczej "niedzielnym katolikiem") więc na wspólną modlitwę nie mogę raczej liczyć. Chciałabym z kimś porozmawiać, bo zupełnie nie wiem co robić, a bardzo zależy mi na małżeństwie. Proszę pomódlcie się za nas...
 
     
Nirwanna
[Usunięty]

Wysłany: 2009-11-28, 16:39   

Agni, idź na Mszę, a potem spotkanie w Łagiewnikach - wzmocnij się duchowo! I może na razie odpuść rozmowy z mężem "o Was"? Dopóki nie będziesz w stanie spokojnie z mężem rozmawiać. Niektórzy panowie bowiem często mają uraz do rozmów i rozmówców, którzy rozmowę nieodmiennie kończą płaczem. Nie radzą sobie po prostu z emocjami, którymi tryska ten płaczący... A ten płaczący powinien trudne emocje przepracować, skanalizować gdzieś, gdzie nie będzie problemu z ich odbiorem, niewątpliwie trudnym... A z mężem - na spokojnie, z miłością... Oby tylko za daleko od Pana Jezusa nie odchodzić, no bo - nie da się ukryć - z Nim wszystko jest po prostu zdecydowanie łatwiejsze :-)
 
     
agni7
[Usunięty]

Wysłany: 2009-11-28, 19:25   

Nirwanna, dziękuję za odpowiedź. Miło usłyszeć od kogoś dobre słowo;) Chciałam być już na listopadowym spotkaniu, ale niestety rozchorowałam się. Co do męża, to rzeczywiście chyba sobie rozmowy na razie odpuszczę. Nic dobrego z nich nie wychodzi, jest wręcz odwrotnie. Widzę, że moje emocje go wykańczają, mnie zresztą też. Ale mi pomaga w przetrwaniu modlitwa, a on się nie modli i nie ma nikogo, kto pokazał by mu choćby iskierkę światła. Jego znajomi (właściwie nasi, ale ci z "jego" strony) z którymi rozmawiał o tym co mu doradzili? Nie ma sensu się szarpać, zostaw ją. Tego się szczerze mówiąc po nich nie spodziewałam, utwierdzili go jeszcze w poczuciu bezsensu wszystkiego. Ale i tak wierzę, że Bóg wszystko może zmienić, mnie i jego.
Pozdrawiam i dziękuję!
 
     
Mirakulum
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-29, 23:16   

Agni

masz moja modlitwę .
Pamiętaj , dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych .

kochana , dla mnie impulsem bardzo pozytywnym , dającym siły do zmian w sobie była odpowiedź na pytanie fundamentalne

Jakie jest Największe pragnienie Twojego serca ?

http://nearlyangel.wrzuta...s._pawlukiewicz

nie poddawaj sie , szukaj a znajdziesz - spokój , ukojenie i drogę do pokonania kryzysu.

Z Bogiem
  
 
     
kangoo
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-29, 23:21   

przegladalam forum i za kazdym razem cos nowego odkrywam...tyle historii i w kazdej po troche znajduje swoja...wiesz u mnie podobni,nikt poza mna nie mowi mezowi ze robi zle coutwierdza go w przekonaniu ze zone mozna zostawic i zaczac nowe zycie z kochanka u boku...bardzo to bolesne...przez pierwsze 4 miesiace tez plakalam i kazda rozmowa koncyla sie na niczym...teraz jest ciezko ,ale troche lepiej bo staram sie kontrolowac emocje....bardzo mi pomaga modlitwa , eucharystia i rozmowa z Bogiem...przed kazda rozmowa z mezem staram sie prosic ducha Sw. o pomoc i wiesz co to dziala, a moj maz patrzy na mnie dziwnie...aha...dzialaj Panie..zawierz wszystko jemu...staraj sie wyciszyc...i prosic Ducha Sw o pomoc i aniola stroza meza...Jezu Ty sie tym zajmij
 
     
kinga2
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-30, 01:19   

agni7, kangoo,
Witajcie,
dobrym "sposobem" na prowadzenie konstruktywnych dialogów z małżonkiem w czasie kryzysu jest oprócz modlitwy do Ducha Świętego, codzienna wieczorna rozmowa z Aniołem Stróżem naszych ślubnych. Ta duchowa dywersja na rzecz sakramentalnych związków bardzo szybko daje efekty. Anioł łatwo dociera do podopiecznego przez sen, a i wieczorne figle z nieślubną damą niejednemu błyskawicznie brzydną, inni znajdują motywacje do walki z nałogiem lub dysfunkcjami w swoim życiu...
Nie dajcie się kochane i walczcie o swoje rodziny. Bóg jest z Wami, choć droga do przebycia nie jest tylko Wasza. Na niej stoicie i wy i mężowie i ich środowisko. Ale Wasza postawa wypchnie ich z torów na które wskoczyli, aby się ślizgać. Czy na nie wrócą zależy od woli Boga. On na wszystko ma swoje sposoby, wszystko może i zawsze zwycięża, tylko dajcie mu zielone światło...
...i cierpliwie poddajcie się Jego woli.
  
 
     
agni7
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-30, 20:23   

Dziękuję wszystkim za wsparcie. w ciągu ostatnich dwóch miesięcy dużo się zmieniło - na lepsze i na gorsze trochę też... Modlitwa dużo mi dała, mąż zauważył pozytywną zmianę we mnie, mimo że jest niewierzący mówi że modlitwa na mnie pozytywnie wpływa; napisałam mu jak doszło do mojego nawrócenia i to w nim gdzieś utkwiło, uważnie tego słucha. Modliłam się do boga tez o mądrość, żeby umieć ten kryzys przezwyciężyć - i wczoraj mąż mi powiedział "ty teraz tak mądrze mówisz...";) Bardzo dużo rozmawialiśmy o sobie - właściwie pierwszy raz tak naprawde rozmawialiśmy. Dużo zrozumieliśmy z tego co się między nami działo. On cały czas myślał o odejściu, ale nie był już taki pewny czy dobrze robi. Myślałam że to krok do przodu a jednak - cos przeszkodziło. Mąz zdecydował powiedzieć mi że jednak była ta trzecia osoba, zdradził mnie i to nie z jedna kobieta ale z dwoma, a jeszcze gdzieś przewinęła się trzecia,z ktorą prawie mnie zdradził. To mnie zmroziło. Gdyby powiedział to dwa miesiące temu, nie wytrzymałabym tego, teraz było juz trochę inaczej, ale cała moja nadzieja i wiara w jego uczciwość została zniszczona. w dodatku dalej zalezy mu bardzo na tej ostatniej kobiecie; jej juz z tego co mówił nie zalezy i w zasadzie od dwóch miesięcy to podobno nie trwa, ale on się szarpie, ma ogromną świadomosć swojej winy i tego że przez wiele lat krzywdził mnie, wszystkie te osoby i siebie. Najgorsze jest to że parę razy wspominał o braku wyjścia z sytuacji i samobójstwie. Dzisiaj zadzwonił i zapytał czy chcę z nim spędzić sylwestra mając świadomosć że będzie to nasz ostatni wspólny sylwester; zapytałam co w takim razie zdecydował - czy ja czy ona - powiedział że chce być sam.
boję się strasznie, bo to może być pierwszy krok do polepszenia sytuacji, ale powiedzial to wszystko takim glosem ze boję się o niego, co on właściwie ma zamiar zrobić... a może znowu klamał...

[ Dodano: 2009-12-30, 20:49 ]
Kangoo, doświadczyłam na własnej osobie działania modlitwy, bo Bóg uzdrowił moją duszę. Odzyskałam radość życia i odnalazłam samą siebie, nawet mój niewierzący mąż to powiedział. Tylko jest ten strach o drugą osobę. A po tym wszystkim czego się dowiedziałam sama już nie wiem co czuję do męża. Powiedziałam mu że jeżeli będziemy razem, takiego jaki jest go nie chcę, że musi zmienić się, isć na terapię, zrobić coś ze sobą, podobnie ja muszę zmienić to co było złe. Nie wiem czy on tego chce, jeżeli się nie zmieni to nie widzę szans na naszą przyszłosc. Widzę że się już trochę zmienił ale to początek długiej drogi i nie wiem czy on chce nią iść.
Nie wiem co się dzieje, ale dzisiaj nagle jakieś 50 wejść chyba na ten post było... Modlę się za Was, pomódlcie się za mojego męża Piotra.

[ Dodano: 2009-12-31, 08:45 ]
Niedawno prosiłam o modlitwę za męża. teraz proszę o modlitwę za mnie, bo czuje że niedługo go znienawidzę. Chciałabym mu umieć przebaczyć nie ze względu na niego, ale ze względu na mnie, bo nie chcę zniszczyć sobie życia. Przestałam już cokolwiek robić ze względu na niego. Wczoraj jeszcze nie miałam takich uczuć, ale z każdą godziną to we mnie narasta...
 
     
Magdarynka
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-02, 01:05   

Kochana, też jestem tu od niedawna. Dziś jestem w strasznym dołku,ale teraz weszłam na Twój wątek i Pan Bóg dał mi tyle sił, by za Ciebie ofiarować modlitwę. Przytulam Cię do mego serca. Dobrej nocy.
 
     
agni7
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-02, 15:38   

Magdarynko, dziekuję za modlitwę. Napiszę Ci jak to ze mną było, przynajmniej w skrócie, może coś Ci pomoże, podda jakąś wizję działania.... Bo ja widzę że to co się stało, to coś złego, uratowało mnie tak naprawdę przed samą sobą. Muszę więc tu napisać trochę o sobie, będzie to rodzaj świadectwa, chociaż na razie uratowania samej siebie. Kiedy pierwszy raz dowiedziałam się że mąż chce odejść, swiat zawalił mi się na głowę, bo byłam tak pewna jego miłości, jak niczego innego. To był błąd. Na człowieka liczyć nie można, tylko Bóg kocha na zawsze. I tej miłosci już nic nie odbierze. Ale do tego wniosku doszłam później niż powinnam. Moja miłosć też była daleka od doskonałości, nawet w nią wątpiłam, ale miałam świadomosć że przecież ślubowałam itp. Tak naprawdę dopiero rok temu gdy pojawiły się pierwsze problemy uświadomiłam sobie że kocham męża i chcę z nim być. Wtedy jeszcze nie było mowy o odejściu, raczej o naprawie związku, ale widziałam przez ten cały czas, że on się nie stara. Teraz już wiem dlaczego, była inna. I to nie jedna kobieta, zdradził mnie już wcześniej. Powiedział mi to wszystko kilka dni temu. Do tamtego momentu myślałam, że to jednak nasz wewnętrzny kryzys, a teraz runęła moja wizja meża - uczciwego człowieka. Ale wróćmy do początku historii.
Na "ostro" zaczęło się we wrześniu tego roku. Chodził jak struty, a ja zmusiłam go do powiedzenia co go gnębi - zastanawia się nad odejściem. Załamałam się, ale wtedy jeszcze nie tak do końca, bo wierzyłam że go przekonam. Dla mnie to był szok - odchodzi w momencie, gdy w koncu znalazł pracę, może nam się ułożyć, możemy mieć dzieci, wziąć kredyt na mieszkanie, zadbać o mnie - bo przez 7 lat ja dbałam o niego. Miał za tydzień wyjechać do pracy na drugi koniec Polski na rok, dobiło mnie to. Miał odwiedzać co tydzień - przyjeżdzać na 5 dni, bo jego praca mu na to pozwala. Gdy już wyjechał a ja zostałam sama w mieszkaniu, załamałam się. Zaczęłam do niego wydzwaniać, płakać, zmuszać do rozmów, które konczyły się dramatycznie. Przestał do mnie dzwonić, to ja rozpaczliwie szukałam kontaktu. Wiedziałam, że sam jest w koszmarnym stresie. Szukałam też przez internet terapii, jakiegoś dobrego psychologa dla nas, ale on nie chciał. Specjalnie religijna nie byłam - chodziłam do koscioła dlatego że cała moja rodzina chodziła, poza tym nic we mnie nie było. I trafiłam w tej rozpaczy przypadkiem na stronę sycharu i jeszcze jakims cudem kliknęłam na bloga z opisem nowenny pompejańskiej - jej opis jest też na stronie sycharu. Szczerze mówiąc moja modlitwa wtedy to był akt rozpaczy. Tak jakbym wyciągała ręce we mgle, nie wiedząc czy ktoś w ogóle to widzi. Zaczęłam odmawiać nowennę - trzeba na to poświęcić trochę czasu, godzine dziennie, wtedy dla mnie to było wyrzeczenie i ostatnia nadzieja, no i skoro pisano, że można w ten sposób takie łaski wyprosić....Modliłam się też swoimi słowami. W domu rodziców była książka o św. Faustynie i sanktuarium, zaczęłam czytać o objawieniach i wtedy naprawdę zaczęło się moje nawrócenie. Poczułam, że ktoś mnie kocha bezgranicznie, że cokolwiek bym w życiu zrobiła, On mnie przyjmie, jezeli tylko będę chciała przyjść. Poczułam, że jestem wartościowa, mimo głupot, które robię. Zaczęłam się modlić swoimi słowami - Jezu uzdrów mojego męża - ale po krótkim czasie dodawałam już - uzdrów mnie i mojego męża. I powtarzałam tak codziennie, odmawiałam też nowennę, aż po kilku dniach poczułam, że coś się ze mną dzieje. Nie wiedziałam o co chodzi, ale zaczęłam widzieć siebie taką jaką byłam, zobaczyłam co rządziło moim życiem do tej pory i stopniowo dochodziłam do tego - dlaczego. Otóż moim życiem odkąd pamiętam rządził strach - strach przed odrzuceniem, na który reagowałam emocjonalnym wycofaniem i tłumieniem uczuć. Niechęc do siebie, marazm i nieumiejętność pokazania siebie i swoich pragnień to był efekt tego strachu. Zawsze się bałam czegoś, czy robię coś właściwie, czy nie powinnam zachować się inaczej, mieć już dzieci, a może jeszcze nie mieć... Gdy miałam podjąć jakąś poważną decyzję, czekałam aż ktos albo los podejmie ją za mnie; nauczyłam się udawać przed sobą że wszystko jest w porządku, nic mnie nie boli, nikt mnie nie rani - i wydawało mi się, że było mi z tym wygodnie. Byłam sztywna, nie umiałam wyrazić już zadnych emocji, a emocje wyrażane przez innych mnie paraliżowały. Nie umiałam mówić o sobie, przyznanie się do tego że ktoś mnie skrzywdził było dla mnie upokorzeniem. Nic mnie już nie cieszyło tak naprawdę od wielu lat. To co tu napisałam to 1/10 tego jak było ze mną źle. Nie widziałam tego wtedy, tego nowotworu który zżeral moja duszę, teraz widzę, jak bardzo skutecznie człowiek może sam siebie oszukiwać. Ale w końcu zaczęłam to widzieć i to był cud - zobaczyłam coś co powinnam przerabiać na wielu sesjach terapeutycznych. Zobaczyłam to co z mojej strony zepsuło nasz związek. Zmieniłam się - zaczęłam mówić innym o sobie, mówienie o swoich uczuciach już mnie nie upokarza, przestałam sie bać. To tak jak gdyby ktoś wypuścił mnie z ciemnej piwnicy w której siedziałam. Modląc się nauczyłam się odnajdywać w rzeczywistości dobro; widzieć sygnały, które wysyła Bóg. Wyciszyłam się i uspokoiłam; czułam smutek, ale to już nie było to obezwładniające uczucie sprzed kilkunastu dni wcześniej... Mogłam działać, zaczęłam odczuwać radosć życia! To był dla mnie szok, bo nie czułam tego nawet wtedy gdy pozornie było dobrze w małżeństwie. Kilkanaście dni po rozpoczęciu regularnej modlitwy przestałam wydzwaniać do męża i szukać z nim kontaktu. W końcu zaczął dzwonić on. Odbierałam jego telefony, ale nie inicjowałam kontaktu. Nie czułam takiej potrzeby. Nie rozmawiałam już o nas, byłam radosna, przeczytałam też kilka książek polecanych na forum. Maż nie przyjeżdzał do mnie, nie rozpaczałam z tego powodu. Chciałam tylko żeby przyjechał na święta, ale też nie naciskałam. Powiedziałam, że to jego decyzja. W końcu przyjechał, bardzo się ucieszyłam; nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka;) On zobaczył moją zmianę i widział, że jest trwała. Powiedział mi po którejś z rozmów, że mówie teraz z głębi siebie, że to jestem ja, że rozmawiając ze mną czuje się że mam poczucie własnej wartości... Cieszyłam się, bo przeglądając forum i czytając ksiażki często spotykałam się ze stwierdzeniem że jeżeli ja się zmienię, zmieniać się zacznie i on... To jest prawda. Mój mąz nie zmienił się jeszcze jakoś drastycznie, ale zaczął ze mną rozmawiać. Otwarł się, nawet kilka razy płakał mówiąc coś o sobie. To znaczy, że to co zostało w rozmowie poruszone dotknęło jego serca, jego prawdziwego ja. Rozmawialiśmy długo i spokojnie, nigdy w życiu tak nie rozmawialiśmy, bo nie potrafiliśmy. Przez całe nasze małżeństwo nie rozmawialismy o istotnych sprawach. W zasadzie prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, byliśmy obok siebie i baliśmy się spojrzeć w swoim kierunku. Święta spedziliśmy spokojnie i naprawdę razem. Ale w końcu przyszedł ten moment prawdy. Zaraz po jego przyjeździe, jeszcze przed świętami, powiedziałam mu, żeby odszedł jeżeli chce. Nie dlatego, że tego chciałam, ale dlatego, że widziałam do jakiego stanu sie doprowadził - nawet zdrowie zaczęło mu szwankować i ciągle powtarzał, że lepiej będzie jak odejdzie, ale nie potrafił podjąc tej decyzji. Więc niestety (?) podjęłam ją za niego, bo na uczuciach, które nim szarpały i tak nic by sie nie dało zbudować. Wtedy się trochę rozluźniło między nami - zgodził się za mną z ulgą i zaczął nawet mówić z drugiej strony - ze nie wie przecież co będzie - że nikt nie zna przyszłosci przecież, że może kiedyś... Po wspólnie spędzonych świętach, kiedy miał już wyjechać "na rozłąkę" jak to określił, powiedział, że musi się sam ze sobą uporać, ze chyba sam nie wie czego chce - ma jedno a chce innego; że nie wie w jaka strone to pójdzie i może sie myli w pewnych sprawach. Juz nie był taki pewien całkowitego odejścia. Pożegnaliśmy się ze łzami w oczach i niestety powiedziałam mu że jest dobrym czlowiekiem i że będę się za niego modlić. No i to nim zatrzęsło. Rozpłakał sie i powiedział że nie jest dobrym człowiekiem, wyszedł. Na drugi dzień rano dostałam sms że jego stan wynika z tego, że zakochał się w kimś innym. Okazało się, że nie wyjechał jeszcze, więc poprosiłam, żeby przyszedł. Przez kolejne trzy dni przychodził do mnie rozmawiać ale nie mieszkał ze mną tylko w wolnym pokoju w akademiku gdzie mieszka ona. Nasza wspólna kolezanka, ktora zawsze nam pomagała. Dowiedziałam się, że nie była jedyną z którą mnie zdradził, powiedział mi wszystko, a moze nie wszystko jeszcze, sama już nie wiem. Byłam w szoku. On, chodzaca uczciwosć, zdradził mnie pomimo że cały ten czas utrzymywałam go, pracowałam i studiowałam jednocześnie; dałam mu wszystko co wtedy mogłam mu dać - a on mi tak odpłacał. Nie byłam w stanie nawet go dotknąć, powiedziałam mu że nie wiem już czy go kocham i chcę żeby był daleko. Powiedział mi że ten związek z nią już nie trwa ale nadal mu na niej bardzo zależy, tylko chyba jej już nie i nie wie co z tego wyjdzie. Zrozumiałam wtedy jego zachowanie, przestałam go załować i użalac się nad nim. Dotarło do mnie że przez całe małżeństwo ja ponosiłam konsekwencje jego decyzji, zawsze mógł na mnie liczyć, wiedział że zawsze będę i ze zawsze może wrócić. Bo tak naprawde w obu przypadkach domyslałam się, że cos jest nie tak jak być powinno między nim i naszymi "koleżankami" ale tak zaprzeczał, że dla własnego spokoju mu wierzyłam, choć zżerała mnie niepewność. Tak nie może być, że jedna osoba bierze na siebie wszystko. To był mój błąd, że nie walczyłam o siebie, że uważałam,że zawsze powinnam być na wyciągnięcie ręki żeby pomóc. Kolejna sprawa, którą zrozumiałam. Wysłuchałam go, powiedział, co pchało go do zdrad - potwierdziło się to do czego wcześniej doszłam; moja nieobecność, wycofanie, brak kontaktu emocjonalnego. Zgodziłam się, ale już nie uważałam się za winną, co pewnie bym zrobiła jeszcze dwa miesiące wcześniej. Miałam świadomosć, że to on wybrał tą najłatwiejszą drogę - nie zadbał o osobę ktorą kochał, nie sprawił że chciala się otworzyć, tylko zapukal do pokoju obok. W końcu dzień przed sylwestrem zadzwonił, czy chce z nim spędzić naszego ostatniego sylwestra, bo zdecydował, że chce odejść, zostać sam. Dobre i to, lepiej sam niż z nią. Zgodziłam się, choć wtedy w zasadzie nie miałam na to ochoty, ale miałam świadomość że wiele rzeczy chcę mu jeszcze powiedzieć. Przyjechał z samego rana, zrobiliśmy zakupy, i zaczęla się rozmowa. Własciwie zaczęłam mówić ja i postanowiłam mu wykrzyczeć cały swój żal, obojętnie jak bardzo zepsułabym ten wieczór. Cztery godziny słuchał wyzwisk i wszystkiego innego, co mialam do powiedzenia. Reagował na to ponownym zamknięciem, widziałam to, ale było mi już wszystko jedno. mówił takie rzeczy, że w pewnym momencie byłam pewna, że chcę odejsć od niego, bo nigdy nie był tym, za kogo go uważałam. Potem zaczęliśmy rozmawiać spokojniej. To były najlepsze rozmowy w całym naszym małżeństwie. Rozmawialiśmy o tym co zepsuło nasz związek, widzieliśmy to już dużo jasniej niż kiedyś, dotarliśmy bliżej źrodla problemów. Opowiadaliśmy o sobie, o naszych przeżyciach, lękach, pragnieniach. Zauważyłam, że kiedy ja jestem inna - ta "nowa" Agnieszka - on tez jest inny. Powiedzial, że zdaje sobie sprawe z krzywdy jaką wyrządził mnie, tym innym i sobie. Widzę, że do pewnych rzeczy nie jest jeszcze gotowy, nie chce odpowiedzieć na pewne pytania, które zmuszą go do zobaczenia siebie takim jaki jest, do zobaczenia tego lęku, który nie pozwala mu być takim jaki chce być. Ale opowiadałam mu dużo o sobie i o tym jak ja do tego doszłam, i widziałam że słucha, że czasem ma łzy w oczach, bo coś go dotyka, że zaczyna wtedy mówić o sobie, o swoim ojcu też. Mówiliśmy o tym, co kieruje jego zachowaniem i czy miłosć to to samo co uczucie, o egoistycznym zaspokajaniu swoich pragnień i jak można zniszczyć w sobie miłosć do ukochanej osoby. Powiedziałam jakie jego działania ułatwiły i sprowokowały zdrady - i że nadal te nawyki posiada, takie całkiem niewinne niby - a prowadzące do dramatu. I powiedziałam mu też, że mimo tego że zależało mu na tamtej kobiecie, nadal tak się zachowywał i to doprowadziłoby do takiego samego finału. Chyba coś do niego dotarło, zresztą konsekwencje poczuł na własnej skórze i we własnym sumieniu. Jeszcze trzy miesiące temu nie przypuszczałabym, że można z nim tak rozmawiać, zmienił się, ale to jeszcze za mało. Powiedział, że może faktycznie potrzebna mu terapia, na początku na to machał ręką. Możliwe, że nie skorzysta, ale przynajmniej przyjął do wiadomości że nie wszystko jest w porządku. Zaczął mówić, że może musi coś stracić, żeby to docenić... że ja zawsze byłam, był pewien że nigdy go nie zdradzę i zawsze pomogę, że nawet teraz jestem, choć się teoretycznie rozstaliśmy. Uświadomiłam go, że po wyjeździe tak nie będzie, nie bedzie smsów, telefonów - nic. Nie będzie wiedział czy nie piszę bo tak postanowiłam, czy może coś mi sie stało albo ostatecznie zdecydowałam, że nie chcę z nim kontaktu. To strasznie boli, ale chyba muszę coś takiego zrobić. Do niego to jakby jeszcze nie dotarło, co jakiś czas wspominał - "jak będę w * to Ci napiszę", albo "napiszesz mi..." - ale tak już nie będzie. Juz nie będę go gonić ani stać przy nim, może zda sobie sprawę czego tak naprawdę chce od życia. Wyjechał 3 godziny temu, odprowadziłam go na dworzec, popłynęły nam łzy z oczu. Nachodzą mnie wątpliwości czy dobrze zrobiłam, ale wtedy myślę sobie - stop. Znowu bierzesz wszystko na siebie. On też jest odpowiedzialny za to małżeństwo. Musi znaleźć w sobie tą miłość, a jeśli jej nie znajdzie, to znaczy ze nigdy jej tak naprawdę nie było. Przecież nawet Bóg nie zmusza ludzi, żeby do Niego przyszli, zostawia im wybór. Zostawiam to Jezusowi, modlę sie za męża, choc uczciwie przyznaję że czasem czuję wewnętrzny opór, ale myślę, że to minie. Myślę, że dotarliśmy z mężem w końcu do punktu, w którym można zacząć budować coś konstruktywnego - jeżeli on tego będzie chciał. Czuję do męża ogromny żal za to co zrobił, ale nie czuję się poniżona tymi zdradami, bo moje poczucie własnej wartości nie powstało dzięki działaniom ludzi, ale dzięki działaniu Boga. W związku z tym nie tak łatwo będzie ludziom to zniszczyć.
Chciałam tu napisać jeszcze jedno. W sylwestra zakończyłam odmawiać nowennę, a modliłam się o uzdrowienie małżeństwa. Myślałam na początku, że inaczej się to skończy, że mąż zdecyduje się że powraca i że mnie kocha. Ale teraz wiem, że to nie może się stać ot tak nagle; nic byśmy się wtedy nie nauczyli. Każdy dzień w tym ciężkim dla mnie/dla nas okresie czegoś mnie uczył i nie chcę tego zmarnować. Wiele w ciągu tych dwóch miesięcy modlitwy zmieniło się na lepsze między nami, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, zobaczyliśmy nasze błędy, to co zniszczyło nasz związek. Było to bardzo bolesne, ale dobre. Odnalazłam siebie. Rozstaliśmy się - co prawda nieoficjalnie i nie definitywnie, raczej dajemy sobie czas na przemyślenia. Ale to co się działo to faktycznie był proces odnowy nas samych. Ostatnie dwa tygodnie to - pomimo tego, czego się dowiedziałam - najlepszy okres w naszym małżeństwie jeśli chodzi o kontakt między nami. Dzisiaj rozpoczynam nowennę kolejny raz, zastanawiam się tylko nad intencją.
Podsumowując - zmiany trzeba zacząć od siebie. Jeżeli nie uratuje to małżeństwa, to przynajmniej jednego z małżonków. Trzeba ufać Bogu, zdawać sobie sprawę, że czasami trzeba przejść przez ten ciężki etap, który na pozór wcale nie wygląda wcale jak dar od Boga. Ale nawet myśląc czysto po ludzku - jeżeli długo coś psuliśmy, długo trzeba będzie naprawiać. Bóg nie da nam wszystkiego, czego chcemy od razu, nawet jeżeli to czego chcemy jest dobre. Bo tu chodzi też o nasz rozwój wewnętrzny i świadomość tego, co robimy sobie i innym ludziom, a nie o pozorne szczęście w pozornie szczęśliwym domu, którego fundamenty podkopywane są przez nasze stare grzeszki, których nie mieliśmy okazji sobie uświadomić.
Zyczę Ci powodzenia, Magdarynko, nie poddawaj się rozpaczy. Jesteś silną i wartościową osobą, musisz to spokojnie pokazać innym. Dopóki się szarpałam, nie wierzyłam w swoją wartość - nic mi nie wychodziło. Ja się wściekałam, mąż się wściekał, wstyd przyznać, ale groziliśmy sobie nawzajem samobójstwem. Czułam tylko, że pętla zaciska mi się na szyi. Pozwoliłam, żeby ktoś zdjął tą pętlę i rzeczy zaczęły się stopniowo zmieniać. Dostrzegłam dobrych ludzi wokół mnie. Zaczęłam rozmawiać z mężem, spokojnie, pewnie, ze świadomością swojej wartości - i zaczął po prostu słuchać tego, co mówię. Dostrzegłam, że gdy przejmują kontrole emocje - wszystko zaczyna się dziać po staremu.
Popatrz sama - znalazłaś forum i wsparcie. Nie wiem skąd jesteś, ale możesz też chodzić na spotkania sycharowiczów. Mogłabym napisać, że powinnaś cieszyć się życiem, odnaleźć swoje pasje, siebie... ale wiem że na tym etapie jest to trudne, trzeba trochę ochłonąć. Mnie na początku uspokajała modlitwa, odwracała uwagę od męża - skupiałam się na Bogu. Mam też niedaleko w Łagiewniki i sanktuarium, więc tam się modliłam. Poszukaj też wsparcia u ludzi; zawsze możesz porozumieć sie internetowo przez gadu...
Ja też będę się za ciebie modlić.
 
     
marek12b7
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-02, 16:14   

Agni - pięknie
Jestem pod wrażeniem Twojego świadectwa.
dziękuję - uczę się od Ciebie

pozdro
 
     
Magdarynka
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-02, 20:19   

Agni7, dziękuję.Żeby się do tego odnieść co napisalaś-potrzebuje troche czasu, by "przetrawić," przemysleć. Dziś jestem spokojniejsza, oddałam wszystko Matce Opatrzności Bożej. Odezwę się. Dobrze,że nie jestem sama,już mam wsparcie przez to forum. Dziękuję.
 
     
agni7
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-03, 09:53   

Mirakulum,dziekuję bardzo za link. Odsłuchałam dzisiaj - to o moim życiu było...
Pozdrawiam;)

[ Dodano: 2010-01-03, 10:30 ]
marek12b7, jesteśmy tu żeby sobie pomagać;)
Niezależnie od tego co będzie z moim malżeństwem w najbliższym czasie, ja będę już inna.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 9